HotDive.com
Polski English Français Deutsch Italiano Español 
Wraki Bałtyku
Autor: Marcin Jamkowski,www.poznajswiat.com.pl, 29-08-2009
Polska

 

Pamiętają średniowiecze, wojny światowe, powojenne burze. Niemi świadkowie największych tragedii morskich wszech czasów. Skaczemy! Wielki plusk i szum bąbelków powietrza dookoła głowy. Potem uczucie szczypania w policzki - zimno. No tak, w Bałtyku jest zawsze zimno, nawet w lipcu woda nie rozpieszcza jak Adriatyk. Ale warto. Potem spojrzenie w dół - ile dziś widać. Nasze morze jest kapryśne: potrafi zafundować nurkom "wizurę" na 30 metrów, a już nazajutrz gdy zmienią się prądy, bez trudu umie zaskoczyć "zupą", w której trudno dostrzec własne płetwy. Dlatego, żeby się nie pogubić nurkuje się na bałtyckich wrakach przy linie odrzucanej z powierzchni bojki. - Gotowy? - Yhy! Jedziemy! - automat oddechowy w ustach nie skłania do rozbudowanej konwersacji. Kiwnięcie głową dla potwierdzenia i zjeżdżam z partnerem w głąb Bałtyku na eksplorację jednego z jego wraków.

Gdyby Luc Besson kręcił "Wielki błękit" w Polsce, musiałby zatytułować go "Wielka zieleń". ­­ Bałtyk pod wodą jest zielony! Kolor wody odzwierciedla jej skład chemiczny i bioróżnorodność pływających w niej żyjątek. Przez swoje słabe zasolenie i natlenowanie Bałtyk jest idealnym miejscem do życia dla ogromnej populacji wszelkiej maści glonów zieloniutkich jak szczypiorek. Kiedy patrzy się spod wody, powierzchnia wygląda jak rozświetlona łąka! A opadając w dół w stronę leżącego na dnie wraku można sobie wyobrazić, że coraz głębiej wchodzi się w zieloną, gęstą puszczę.

Jedziemy z partnerem wzdłuż liny w stronę wraku ("Do zobaczenia na dnie" - to jedno z wieloznacznych pozdrowień nurków obdarzonych poczuciem humoru). Jedną ręką delikatnie trzymam linę i obserwuję, jak jej sploty przesuwają się między moimi palcami. Drugą ręką obsługuję cały ważący kilkadziesiąt kilogramów sprzęt podtrzymujący moje życie w morskich głębinach. Na plecach mam dwie butle - przy nurkowaniach wrakowych dublowanie sprzętu jest więcej niż zalecane. Ubrany jestem w suchy skafander nurkowy (o, jaki ciepły!), mam kamizelkę kompensującą zmiany pływalności i po dwa skomputeryzowane głębokościomierze, latarki i noże. Dodatkową butlę do dekompresji i aparat fotograficzny. Czuję się trochę jak choinka obwieszona bombkami na święta, ale na szczęście wszystko mam tak poukładane, żeby w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi w pływaniu i nie stwarzało żadnego zagrożenia - bo nurkowanie, choć chętnie reklamowane jako łatwe i przyjemne, jest jednak zajęciem niebezpiecznym.

Opadanie w dół w stronę wraku jest jak obietnica podróży. Lecisz w dół i nie widzisz jeszcze dokąd. Nie wiesz, czy szyper dobrze trafił bojką i opadniesz na wrak, czy może obok - na bałtycki piach. Nie wiesz, jaka będzie widoczność na dnie, bo zdarza się całkiem inna niż w toni! I nie wiesz, czy na wraku nie będzie za dużo porwanych rybackich sieci. To jest też pierwszy moment, kiedy można doznać uczucia zerowej grawitacji - dzięki prawu Archimedesa człowiek i sprzęt pod wodą praktycznie nic nie ważą! Latasz...

Smalec z XVIII w.

Lecimy tak w dół dobre dwie minuty. Z każdym metrem robi się coraz ciemniej i ciemniej. Na głębokości 20 metrów zapalamy latarki, na 30 panuje półmrok. Kiedy osiągamy głębokość 35 metrów w głowach szumi lekka narkoza azotowa, a pod nami widać już tylko gęstą czerń. Snopami światła wydobywamy z mroku spod siebie majaczące kontury wraku. Najpierw wyłania się masywny dziób, potem zarysy burt i resztki połamanych masztów. Opadam na piaszczyste dno przy wraku i przyglądam mu się z zadziwieniem. To kadłub XVIII-wiecznego żaglowca. Wygląda tak, jakby dopiero co osunął się w głębiny. Opływam go dookoła. Wrak ma świetnie zachowany dziób, śródokręcie i część rufy ze sterem. Złamane maszty nadają mu wygląd ponurej pirackiej krypy. Obok grota zachowały się nawet ręczne pompy zęzowe. Wyobrażam sobie marynarzy, którzy w czasie burzy próbują nimi wypompowywać nalewającą się do żaglowca wodę. Zaglądam do środka wraku, wnętrze usiane jest fragmentami dawnego pokładu. Połamane deski, belki - drewniany rumosz. Najciekawsze jest jednak to, że one... tu w ogóle są! W cieplejszych morzach całe drewno zeżarłyby już dawno świdraki okrętowe, grzyby i bakterie - chociaż jedna zaleta tego, że tu tak zimno! Spomiędzy desek wystają beczki z dziwną białą substancją - późniejsze badania w laboratorium wykażą, że to skamieniały XVIII-wieczny zwierzęcy tłuszcz. Pod deskami może znajdować się odpowiedź na pytanie o nazwę jednostki. Póki co nie wiadomo skąd płynęła, ani dokąd zmierzała. Wiadomo tylko, że na żaglowcu niemal identycznej konstrukcji kapitan Cook opłynął kulę ziemską i dotarł aż do Antarktydy. I co taki statek robił na Bałtyku?

Po 30 minutach spędzonych na dnie pora się wynurzać. Powolna, spokojna dekompresja (zatrzymywanie się na kilka minut na odpowiednio wyliczonych głębokościach) trwa prawie drugie tyle. Wynurzenie się bez jej odbycia oznaczałoby pewną śmierć. A na powierzchni czeka gorąca kawa, przy której godzinami bez końca będziemy roztrząsać najmniejsze szczegóły zauważone podczas nurkowania.

Historia wrakami pisana

Taki żaglowiec to gratka, ale nie jedyna podwodna atrakcja Bałtyku! Dno naszego morza jest usłane wrakami okrętów. Przez kolejne wojny i zawieruchy zatonęły tu tysiące jednostek pływających.
Wedle szacunków robionych jeszcze przed II wojną światową na odcinku od Szczecina do Mierzei Wiślanej spoczywać mogą nawet DWA TYSIACE wraków! Na mapach szyprów, którzy wożą chętnych na nurkowanie zaznaczonych jest (w najlepszym wypadku) 50 pozycji.
Nie dość, że nasze wraki są świetnie zachowane, to na dodatek są to obiekty historyczne. O ile np. na Florydzie można nurkować w wodzie ciepłej i przejrzystej, o tyle leżące tam wraki są atrakcjami zatopionymi specjalnie dla płetwonurków. Taki trochę Disneyland... A u nas leżące na dnie kolosy są niemymi świadkami prawdziwych wydarzeń historycznych. Ot, choćby taki Wicher - wrak kontrtorpedowca II RP zatopionego w 1939 r. trzema bombami u wyjścia z portu Marynarki Wojennej na Helu. Po wojnie leżący na głębokości zaledwie 7-15 metrów wrak stał się poligonem dla saperów podwodnych. Dziś jego kadłub jest całkowicie zniszczony, a wokół groźnie sterczących wręg, blach i kotłów porozrzucane są fragmenty wyposażenia okrętu - zdarza się również amunicja.


Godzinę drogi (łódką) od niego na dnie leży wrak Delfina, siostrzanego okrętu słynnego Calypso kapitana Cousteau, na którym swoje przygody odbywał ojciec współczesnego nurkowania swobodnego i jego ekipa w charakterystycznych czerwonych czapeczkach. Do dziś chętnie oglądam jego filmy! Drewniany amerykański trałowiec z tej samej serii co Calypso trafił do polskiej Marynarki Wojennej w 1948 roku. W końcu lat 50. zatopiono go do ćwiczeń dla płetwonurków z oddziałów specjalnych. Dziś może na nim zanurkować każdy wyszkolony nurek. Chętnie odwiedzany przez nurków jest też spoczywający na głębokości 16 metrów niedaleko Jastarni wrak Groźnego. Stojący majestatycznie na stępce okręt z otwartymi drzwiami na mostek sprawia groźne i niezapomniane wrażenie. Dużo głębiej w okolicach Helu leżą trzy wraki hitlerowskie: ścigacza (30 m), trałowca (40 m) i holownika parowego (48 m). Spór pomiędzy zafascynowanymi historią płetwonurkami próbującymi ustalić ich prawdziwe nazwy wciąż trwa. W Bałtyku leży też wrak pierwszego niemieckiego stalowego okrętu (zbudowany w Elblągu przed I wojną światową S-50) i resztki Solena, szwedzkiego galeonu z XVII w., zatopionego w bitwie pod Oliwą po bohaterskim abordażu Polaków. Są wraki niemieckich tankowców, lotniskowca, zaopatrzeniowców, kutrów rybackich, u-bootów, pogłębiarek, statków pasażerskich... Prawdziwa parada podwodnych atrakcji!

 

Tekst i zdjęcia: Marcin Jamkowski/adventure pictures