HotDive.com
Polski English Français Deutsch Italiano Español 
Rekin z próbówki
Autor: www.laboratoria.net, Karolina Piotrowska , 07-08-2010
Australia

Rekin z próbówki to kolejna próba wyhodowania zwierzęcia w sztucznym łonie. Autorzy projektu chcą w ten sposób ocalić ginące gatunki.

Takie sceny znaliśmy dotąd tylko z filmów science fiction, choćby z kultowej "Seksmisji" - rzędy szklanych probówek z dojrzewającymi poza łonem matki płodami. Jednak futurystyczne pomysły mogą dziś stać się rzeczywistością. Dowiedli tego badacze z Australii, którzy za pomocą sztucznych macic chcą ocalić wymierający gatunek pewnego rekina.

Tygrysi, piaskowy i bardzo rzadki

Zamieszkujący przybrzeżne wody Australii piaskowy rekin tygrysi to jeden z najrzadszych gatunków rekinów. Kiedyś były często spotykane, dziś żyje ich zaledwie 500. Aby uchronić je przed wyginięciem, naukowcy wpadli na dość nietypowy pomysł. - Będziemy je hodować w probówkach - mówi dr Nick Otway, ekolog i oceanolog z Agencji Rybołówstwa Nowej Południowej Walii.

Sztuczna macica to w rzeczywistości tuba z przezroczystego wytrzymałego akrylu mająca ok. 20 cm średnicy i 120 cm wysokości, czyli tyle, ile maksymalnie osiągają rekinie noworodki. Urządzenie będzie wyposażone w różne filtry, pompy i rurki, dzięki którym zapewnione zostaną stały dopływ tlenu oraz usuwanie nieczystości z płynu. Docelowo kilka takich tub będzie ustawionych ciasno razem i owiniętych ciemnym materiałem, by uzyskać warunki jak najbardziej zbliżone do tych w ciele matki.

W przeciwieństwie do ssaków młody rekin przebywający jeszcze w łonie matki nie otrzymuje od niej żadnego pożywienia. Dlaczego? Ponieważ rekiny nie wytwarzają czegoś takiego jak nasze pępowina i łożysko, dzięki którym mogłyby być transportowane substancje odżywcze. Aby przeżyć, płód rekina jest zmuszony do zjedzenia swojego rodzeństwa. W efekcie pod koniec ciąży w każdej z dwóch macic samicy zostaje tylko jedno młode. - Mamy zamiar zapobiec temu kanibalizmowi - tłumaczy Otway. W tym celu naukowcy chcą pobierać bardzo młode zarodki i podtrzymywać ich rozwój poza ciałem matki aż do momentu osiągnięcia dojrzałości.

Choć sam badacz przyznaje, że projekt nie ma nic wspólnego ze standardowymi metodami ochrony rzadkich gatunków, australijskie ministerstwo ochrony przyrody było nim zachwycone i od razu wydało decyzję o przyznaniu funduszy na jego realizację.

Pierwsze były kozy

Projekt Australijczyków to pierwsze "praktyczne" zastosowanie sztucznych macic i pozaustrojowego rozwoju zarodka. Jednak czysto eksperymentalne badania nad utrzymywaniem przy życiu płodów rosnących poza organizmem matki są prowadzone od dobrych kilku lat. Akrylowe butle wypełnione sztucznym płynem owodniowym (podobne do tych, jakie wykorzystuje Otway) posłużyły zespołowi japońskich embriologów z Uniwersytetu Juntendo w Tokio do podtrzymywania życia płodów kozy przez trzy tygodnie.

O sukcesie może też mówić dr Hung-Ching Liu z amerykańskiego Cornell University, której już trzy lata temu udało się wyhodować sztuczną macicę. Badaczka wpierw zbudowała jej szkielet ze specjalnego biopolimeru, a następnie pokryła go komórkami pobranymi z endometrium (błona śluzowa wyściełająca jamę macicy). Całość została potraktowana odpowiednią mieszanką hormonów, substancji odżywczych i tzw. czynników wzrostowych - związków chemicznych, które pobudzają komórki do podziałów. Po kilkudziesięciu dniach szkielet uległ biodegradacji, pozostawiając samą macicę. - Wówczas wszczepiliśmy do jej środka ludzki zarodek wytworzony metodą zapłodnienia in vitro. Ku naszej wielkiej radości embrion zagnieździł się w ściance macicy i zaczął się normalnie rozwijać - wyjaśnia badaczka. Naukowcy utrzymywali go przy życiu przez sześć dni, po czym - zgodnie z wytycznymi komisji bioetycznej - przerwali eksperyment.

Rok później zespół Liu przeprowadził kolejny eksperyment, tym razem na myszach. Wykorzystując tę samą metodę co poprzednio, badacze nałożyli na siebie kilka warstw różnych rodzajów tkanki (tym razem komórki pochodziły z endometrium myszy). W efekcie udało się uzyskać bardziej naturalną, trójwymiarową strukturę ściany macicy, w której zarodek mógł się zagnieździć i wrosnąć swoimi naczyniami krwionośnymi. - Mysi embrion utrzymał się przy życiu niemal do końca ciąży, poruszał się, a jego serce pracowało - mówi Liu. - Jednak muszę przyznać, iż większość kolejnych prób nie kończyła się sukcesem. Płody miały poważne wady rozwojowe i na razie nie wiemy, co je powodowało - dodaje uczona.

Nie można zadowolić wszystkich

Nie wszyscy są jednak przekonani do pomysłu Otwaya. Istnieje bowiem ryzyko, że ludzie, wiedząc o możliwości "produkowania" zagrożonych gatunków w laboratorium, przestaną inwestować w ochronę środowiska i przejmować się utrzymaniem rybołówstwa na bezpiecznym poziomie.

Niektórzy mają inne wątpliwości. - Powiedzmy, że metoda okaże się w 100 proc. skuteczna - zastanawia się prof. Andy Davis, biolog z Uniwersytetu w Wollongong. - Co wówczas zrobimy z tymi wszystkimi młodymi? Gdzie je wypuścimy? Inni zarzucają ministerstwu topienie pieniędzy w projekcie, który jest najbardziej korzystny właśnie dla polityków (bo rozwiązuje odwieczny spór o to, kto jest ważniejszy - rekiny czy rybacy). Sam Otway mówi o swoim projekcie jako polisie ubezpieczeniowej dla zagrożonych gatunków. Szacunkowy koszt projektu to 370 tys. dol. rocznie. Jego zakończenie planowane jest na 2015 r.

GW - Karolina Piotrowska